Roboty wreszcie na wielkim ekranie

Technika cyfrowa to świetna rzecz. Pewnie niewielu z dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków bawiły w młodości zabawki zwane Transformerami. Realia lat osiemdziesiątych raczej nie sprzyjały w naszym kraju temu fenomenowi, który, było nie było, ogarniał wtedy świat.

Później pojawiła się animacje z ‚generałem Daimosem’ na czele (pamiętacie to?) i w końcu roboty z Hasbro, ale czy ktoś ośmieliłby się z tego zrobić wtedy film? Gdyby tak, wyszłyby potworki podobne do ‚Power Rangers’ czy japońskich godzilli, gdzie ludzie przebrani w kostiumy toczą wojny na planie makiet udających miasta.

Technika cyfrowa to świetna rzecz. Najnowsza i pierwsza nieanimacja opowiadająca o Trasnformerach to udowadnia. Spece od efektów specjalnych spisali się na medal, tworząc tak skomplikowane i złożone mechanizmy jakimi są, najoględniej mówiąc: gadające, myślące i zmieniające postać roboty. Przy czym zatarli do granic niezauważalności róznice pomiędzy animacją komputerową, a tym co zostało nakręcone naprawdę. Znalezienie momentu, szczególnie w szybkich ujęciach, w którym samochód przestaje nim być i zmienia się w komputerowo wygenerowanego robota jest…no cóż, ja go nie zauważyłem.

Fabuła nawiązuje po części do wszyskich generacji Transfomers, jakie pojawiły się przez lata. Przede wszyskim, roboty muszą mieć powód by na Ziemi się znaleźć. Tym razem chodzi o ‚Cube’, Wszechiskre, generującą nie znaną na naszej planecie energię. Ci źli (Decepticony) pod przywództwem ogarniętego rządzą dominacji Megatrona, chcą ją wykorzystać by zawładnąć wszechświatem (standard). Ci dobrzy z koleji (Autoboty) z Optimusem Naczelnym na…hmm, czele chcą ją znaleźć przed złymi i w razie konieczności zniszczyć (poświęcając własne życie) byle tylko ludzie nie musieli płacić za ich (Transformerów) błędy. Jednakże głównym bohaterem nie są w tej historii wielkie roboty, lecz zwykły uczeń liceum, Sam Whitwicky (Shia LaBeouf), który po prostu zbiera na pierwszy samochód by zaimponować pięknej koleżance z klasy, Mikei (Megan Fox). Samochód nie okazuje się zwykłym autem, dzięki czemu przez pierwszą połowę filmu mamy naprawdę zabawne i owiane niewielką tajemnicą widowisko. Jest fajnie dopóki wszyscy sobie wszyskiego nie wyjaśnią, Transformery nie wkroczą oficjalnie na plan, a ludzie nie będą wiedzieli z czym przyszło im się zmierzyć, a z czym sprzymierzyć. Póżniej mamy tylko, lub aż, hollywoodzką sieczkę czyli pościgi wybuchy i walki w skali makro, ale w naprawdę świetnym wykonaniu (mówi wam coś nazwisko Spielberg? – otóz facet dorzucił do filmu swoje pięć groszy). I tak do szczęśliwego choć lekko dramatycznego happy endu.

Nie żałuje pieniędzy wydanych na bilet do kina, ale też przyznam że zawsze miałem lekką słabość do Transformers. Jeśli chcecie się rozerwać – szczerze polecam, film zarobił na świecie masę pieniędzy i chyba nie bez powodu.